IMG_6299ok

Rozmowa z profesorem Witoldem Chmielewskim z Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie zajmuje się plastyką, szczególnie w połączeniu z muzyką, teatrem, literaturą, multimediami i innymi dziedzinami.

– Jak i kiedy zetknął się Pan po raz pierwszy z Jadwigą i Tadeuszem Kutami?

– Zauważyłem właśnie w książce „To jest nasza Ameryka”, znakomicie napisanej przez Tadeusza, że było to w 1988 roku, czyli 29 lat temu. W toruńskim teatrze zaprojektowałem i realizowałem scenografię do spektaklu „Romeo i Julia”, w którym Jadzia zagrała Julię, Tadeusz Romeo, a reżyserował Bogusław Kierc, z którym się później zaprzyjaźniłem, podobnie, jak z Jadzią i Tadeuszem. Mieszkaliśmy na jednym osiedlu, zdarzało się, że się odwiedzaliśmy. Ale tę scenografię do „Romea i Julii” pamiętam dlatego, że z jednej strony mieliśmy do czynienia ze sztuką klasyczną, a z drugiej strony poznałem już Jadwigę i Tadeusza jako aktorów innych od pozostałych, odstających od normy, co oznaczało, że postacie, które wykreują, będą bardzo ciekawe. Tak to pamiętam… Dlatego zresztą, z myślą o Julii, czyli Jadzi, wymyśliłem bardzo osobisty balkon. Do tego stopnia zależało mi na jego wyjątkowości, że gdy plastycy teatralni przygotowali całą dekorację, w noc przed próbą generalną zostałem sam na scenie i przez kilka godzin wszystko poprawiałem, głównie właśnie balkon.

– Czy już wtedy Jadwiga i Tadeusz Kutowie wspominali o wyjeździe na stałe w góry?

– Uderzyło mnie w trakcie naszych prywatnych spotkań, z jaką pasją opowiadali o swoich marzeniach, by stworzyć coś w rodzaju pensjonatu. Jadwiga mówiła o tym, jak ma wyglądać, o kolorze pościeli i firanek… Wspominali, że ten ośrodek musi być koniecznie tu, że na pewno tu wrócą. To, co mówili, podobało mi się, zachęcałem, by spełniali swoje marzenia, ale byłem nieco sceptyczny, bo miałem za sobą nieco podobne doświadczenie: organizacji wspólnoty na wsi. W 1979 z kilkoma przyjaciółmi przeprowadziliśmy eksperyment artystyczny-społeczny na wsi w Borach Tucholskich. Jako plastycy i fotograficy mieliśmy uboższe środki ekspresji, niż teatr. Wspólnie z mieszkańcami doprowadziliśmy jednak do symbiozy, choć nie mieszkaliśmy tam na stałe. Ale też remontowaliśmy dom, wkładając w to wszystkie pieniądze i czas. Dlatego zdawałem sobie sprawę, na co się porywają. Jakie to trudne…

– Jak to się stało, że po tylu latach odnaleźliście się w Michałowicach?

– Wiedziałem że tu są, że osiedli tu na stałe. Co roku wybierałem się w odwiedziny, w końcu się udało. Wymyśliliśmy sobie z trzema synami, że pojedziemy na kilka dni w góry. Zastanawialiśmy się, gdzie? I wtedy wpadliśmy na pomysł, że do Kutów! To niesamowite, bo chyba po raz pierwszy z synami przez sześć dni jesteśmy sami razem, chodzimy sobie po pięknej okolicy, zwiedzamy, popijamy piwo i oglądamy znakomite spektakle. Odnajdujemy siebie w nowej sytuacji. Mieszkamy w znakomicie zaprojektowanym i wygodnym domku przy teatrze.

– I na ten męski wypoczynek ojca z synami nakłada się Teatr Nasz…

– No właśnie… Zobaczyłem cztery spektakle. Najpierw „Szczęściarzy”, potem „Deja vu, czyli windą do nieba”, następnie piosenki francuskie i na koniec niesamowity „Ogień w nutach”.

– Jakie wrażenia?

– Po pierwsze to twórczość na najwyższym poziomie artystycznym. Nie ukrywam, że obawiałem się swoich wrażeń pod tym względem. Gdy bowiem artyści sytuują się w pewnej społeczności lokalnej i są uzależnieni od widza, muszą iść na pewne kompromisy. Oczywiście, one są w pewien sposób naturalne i potrzebne, ale jednak mogą okazywać się ryzykowne. Ta refleksja początkowo towarzyszyła mi podczas „Szczęściarzy”, opartych na pewnym skeczu, dialogu. Po obejrzeniu całości przekonałem się jednak, że wszystko jest w tej sztuce przygotowane i zagrane na sto procent! I Jadwiga, i Tadeusz, i Jacek, dawali z siebie wszystko!

– Każdy z czterech spektakli, które Pan obejrzał, jest zupełnie inny.

– Mają zakodowaną inną estetykę, inne przesłania. „Szczęściarze” mają w sobie coś ludycznego, zabawowego, ale już „Deja vu…” to zupełnie inna sztuka. Pojawia się magia teatru, budowanie sytuacji, dramaturgii, narracji, gra światła, doskonałe teksty… To chciałbym podkreślić: Tadeusz świetnie pisze.

– Potem piosenki śpiewane przez Jadwigę Kutę…

– Tu już pułap podniesiony jest na najwyższą półkę, kończą się żarty… Powiem szczerze: nie bardzo lubię aktorów śpiewających. Piosenka aktorska bardzo często polega na tym, że aktor przykrywa swą grą, ekspresją, choreografią, pewne braki wokalne. Prawda jest taka, że nie jest wokalistą i to słychać. Ale Jadwiga jest znakomitą wokalistką! Ma wspaniały głos i doskonały słuch. Wspomaga się grą aktorską, ale nie przesadza, nie musi tego robić.

– Zobaczył Pan jeszcze „Ogień w nutach”.

– Po tym fascynującym przedstawieniu podszedłem do muzyków i powiedziałem: panowie, jesteście wspaniali! Bo z jednej strony improwizowali, szaleli, bawili się, ale z drugiej zachowywali dyscyplinę, co gwarantowało utrzymanie najwyższej klasy.

Generalnie widzę, jak Tadeusz i Jadwiga przez niemal 30 lat tutaj się rozwinęli, jaką szkołę aktorską przeszli. Należy im się ogromny szacunek. Choć wydawałoby się, że wielki świat i duże sceny są zupełnie gdzie indziej.

– Michałowice to początek świata…

– Od kilkudziesięciu lat zajmuję się środkiem świata. Polega to na tym, że przy okazji różnych wydarzeń kulturalnych i nie tylko kreuję sytuacje, w których możemy powiedzieć: tak, tu jest środek świata! To, co Jadwiga i Tadeusz zrobili w Michałowicach, najpierw budując teatr, a potem napełniając go doskonałą treścią, daje im prawo do powiedzenia: my żyjemy w naszym środku świata. Wszystko, czego potrzebujemy do życia, jest wokół nas. Nie musimy tego szukać w Warszawie, Nowym Jorku czy Paryżu, bo mamy to tutaj. Z niczego nie rezygnujemy, tworzymy sztukę na najwyższym poziomie…

Trzeba w to uwierzyć, trzeba przekonywać do tego innych ludzi… Teatr Nasz można przenieść w dowolne miejsce na świecie. Wszędzie dałby radę!

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Leszek Kosiorowski