teatr_nasz_kuta_tadeusz_jadwigaDwadzieścia sześć lat temu Jadwiga i Tadeusz Kutowie zrezygnowali z bezpiecznych etatów w państwowym teatrze w Toruniu, przyjechali w Karkonosze, kupili zrujnowany, stary dom w Michałowicach i… założyli Teatr Nasz. Jeden z pierwszych prywatnych teatrów w Polsce – pisze Leszek Kosiorowski w Nowinach Jeleniogórskich.

Nowa płyta Jadwigi Kuty sprzedaje się jak ciepłe bułeczki, a bilety na spektakle trzeba rezerwować z parotygodniowym wyprzedzeniem… Jak to możliwe, że Teatr Nasz się utrzymał, mało tego – przeżywa renesans popularności? I to bez żadnych dotacji państwowych, unijnych i innych? Pewnie dlatego, że Teatr Nasz działa od zawsze po swojemu.

Najpierw e-mail lub telefon

Na spektakl Teatru Naszego praktycznie nie da się wejść ad hoc, z ulicy. Konieczna jest rezerwacja miejsca. Rezerwowanie odbywa się w taki sam sposób od wielu lat: trzeba zadzwonić na jeden z numerów ze strony internetowej lub napisać e-maila. Teatr Nasz nie używa żadnych zautomatyzowanych (czyli bezosobowych) systemów rezerwacyjnych.

Telefony odbierają (lub oddzwaniają, gdy nie odbiorą) Tadeusz i Jadwiga Kutowie. Od razu ucinają sobie pogawędkę z widzem. To już wprowadza pewien rodzaj relacji, który nie jest możliwy w dużych teatrach.

Nazwisko widza wpisywane jest długopisem do grubego zeszytu dużego formatu z rezerwacjami. Każdy spektakl to kolejna kartka. Obok nazwiska i imienia widza wpisywany jest jego numer telefonu. Fachowcy z korporacji powiedzieliby, że to doskonała baza danych. Tyle, że nie w komputerowej tabelce…

Rozmowy rezerwacyjne pochłaniają mnóstwo czasu, ale Jadwidze i Tadeuszowi do głowy nawet nie przyszło, by wprowadzić jakiś inny system. Po to przecież otwarli własny teatr, by być blisko widza! A nie daleko, jak w państwowym teatrze ponad 25 lat temu w Toruniu, gdzie regularnie sala zapełniana była młodzieżą szkolną i żołnierzami, którzy przychodzili do teatru, bo im kazano.

Co czasem wyrabiali na widowni – nie wypada nawet pisać… OK, kasa się zgadzała – widownia była pełna… Ale jak się gra przed taką publiką? Lepiej nie mówić, nie narzekać… Lepiej odejść.

Magiczne Michałowice

Gdy już widz ma zarezerwowany bilet na przedstawienie w Teatrze Naszym w Michałowicach, musi tam dojechać. Dla tych, którzy jadą do Michałowic pierwszy raz, nie zawsze jest to łatwe. Z głównej drogi Jelenia Góra-Szklarska Poręba trzeba skręcić w lewo w Piechowicach, potem znaleźć skręt na Michałowice, przejechać kilka wijących się pod górę serpentyn, przebić się przez tunel, skręcić w prawo, następnie pojechać w lewo skos, skręcić w prawo, zjechać stromo w dół i zaparkować, co też, gdy czasu mało, a gości już wielu, wymaga pewnej cierpliwości i sprawności za kółkiem.

Ta jazda tylko pierwszy raz jest kłopotliwa, potem się za nią tęskni Bo wprowadza w inny świat – od Piechowic jedzie się już pośród lasu, górską drogą. Dla wielu osób magiczny jest tunel, a potem widoki spod budynku Teatru Naszego.

Dla nas – mieszkańców Karkonoszy, taka droga to normalka, ale dla ludzi z głębi kraju, którzy stanowią zdecydowaną większość widzów, dojazd do Michałowic jest częścią wielkiej atrakcji, jaką jest – jak mówią – „wypad do Kutów” (gdy mniej znają gospodarzy), bądź „wypad do Jadzi i Tadka” (gdy są już zaprzyjaźnieni, co dotyczy setek osób).

Pewnie dlatego wielu z nich przyjeżdża na spektakle wcześniej, by spokojnie zaczerpnąć świeżego, górskiego powietrza (albo niespiesznie wypalić papierosa pod teatrem…), popatrzeć na Karkonosze, pogadać

Aktor w kasie, aktor posadzi

Zarezerwowany bilet trzeba odebrać i opłacić w kasie biletowej, za drzwiami wejściowymi do teatralnego budyneczku. To też odbywa się czasem „po michałowicku”. W okienku często bowiem bilet sprzedaje aktor, multiinstrumentalista, kompozytor i kierownik muzyczny Teatru Naszego w jednej osobie – Jacek Szreniawa.

Z biletem w ręku wchodzimy na salę, gdzie czekają już uśmiechy Jadwigi i Tadeusza. Ze znajomymi witają się uściskami i zamieniają od razu kilka słów. Z nieznajomymi witają się miło i pomagają znaleźć miejsce na widowni. Tadeusz zawsze rzuci jakimś żartem…

Rzadko ktoś się spóźnia, ale gdy się to zdarza, Tadeusz Kuta dzwoni do tej osoby. Numer ma, bo przecież każdy musiał zadzwonić, by zarezerwować miejsce. Kilka minut można poczekać…

Potem jest spektakl – bez przerw, zawsze w wartkim tempie. Premier, podczas 25 lat, było czterdzieści – sporo sztuk pełnych humoru, ale i refleksji (jak choćby kultowa „Nasza Klasa” czy najnowszy przebój – „Szczęściarze”). Podczas wielu przedstawień o charakterze muzycznym, z udziałem znakomitych artystów z różnych stron kraju, pole do popisu ma Jadwiga Kuta – jej głos dosłownie rozpala widownię!

Gdy wiwaty powoli gasną, pora na coś, co Tadeusz Kuta określa jako „ogłoszenia parafialne”. Zaprasza na następne przedstawienia, ale i pyta, kto jest w Teatrze Naszym po raz pierwszy. W górę podnosi się las rąk.

Ciąg dalszy przy stole

Po przedstawieniach emocje buzują, szkoda je tracić, wracając od razu do domu… Tak było w Teatrze Naszym zawsze, kiedyś jednak nie bardzo było gdzie zaprosić gości, więc wybudowano restaurację. I teraz, po spektaklach, rytuałem dla wielu widzów są rozmowy przy kolacji. Oczywiście z udziałem artystów. Jadwiga i Tadeusz czasem odgrywają rolę kelnerów, a zawsze starają się przysiąść choć na moment do każdego stolika i zamienić kilka słów ze swoimi gośćmi.

Spektakle zaczynają się o godzinie 19, kończą około 21, a kolacje – około 23. Można powiedzieć, że widz ma kontakt z aktorami od pierwszego telefonu do ostatniego kęsa.

Ale to nie wszystko, bo gdy kiedyś goście często nie mieli gdzie spać po przedstawieniach i kolacjach, gospodarze postanowili ułatwić im życie i wybudowali domki z pokojami. W weekendy często obłożenie jest pełne. A widz może liczyć, że spotka Jadwigę także przy śniadaniu.

Praca od świtu do nocy

Teatr, restauracja, hotel… Państwo Kutowie zatrudniają kilka osób, ale i tak muszą pracować prawie codziennie od rana do wieczora. Twórczość artystyczna to tylko część całości. Domeną Jadwigi jest kuchnia – menu, przepisy, zaopatrzenie, załoga… Tadeusz bierze na siebie całą buchalterie i biurokrację.

Ogarnięcie wszystkiego wymaga potężnej pracy przez cały rok, od świtu do zmierzchu, a czasem do nocy. Nie ma zmiłuj się! I to od lat. Inaczej nie byłoby możliwe wybudowanie i utrzymanie własnego teatru. W zamian mogą robić wszystko po swojemu. Wolność ma swoją ceną, ale jak znakomicie smakuje… To dlatego nazywają siebie szczęściarzami.

Grono wiernych widzów to postaci znane i nieznane. Ksiądz Kubek jest rekordzistą pod względem wizyt na Naszej Klasie. Doktor Kazimierz Pichlak po ostatniej premierze („Szczęściarzy”) powiedział, że ostatni raz wzruszył się tak, gdy mu się urodziło dziecko.

Po co wszyscy przyjeżdżają do Michałowic? Krystyna Czerniak, która bywa na wszystkich przedstawieniach, mówi tak: – Wszystkiego, co związane z Teatrem Naszym, nie da się ubrać w słowa. Dopiero, gdy tu jesteś, widzisz i słyszysz, czujesz, że żyjesz. Dostajesz energię! Ale my – jako widownia, współgramy z nimi, oddajemy im to, co dostajemy… Naładowani tą energią możemy zmieniać świat wokół nas. Także po to, by więcej ludzi było z nimi, a przez to też z nami… To jedna wielka magia!
Zapisz

Zapisz

Zapisz